Z dr. Romanem Pieprzykiem, o znaczeniu słowa "prawie", rozmawia Maria Nowak Od 1 stycznia obowiązuje ustawa o świadectwach energetycznych dla budynków. Kursy dla audytorów mogących wydawać takie świadectwa już są, więc i ze świadectwami nie będzie kłopotu? Może być kłopot, bo powstaje pytanie, jaką metodę badania budynku przyjąć. Politechnika Poznańska oprotestowała metodę zalecaną przez Ministerstwo Infrastruktury i zespół prof. Szczechowiaka zaproponował inną metodę, nowocześniejszą. Tymczasem na wielu kursach kształcono audytorów według starej metody, bo w przewidywaniu zapewne wysokich zarobków każdy chciał pierwszy zdobyć takie uprawnienia. Ministerstwo przyjęło w listopadzie naszą poznańską metodę i teraz trzeba to wykształcenie uzupełnić. Jest więc trochę zamieszania.
Jaka jest różnica między metodą poznańską a proponowaną poprzednio? W tamtej miarą był budynek referencyjny, tu najważniejszą kategorią jest energia pierwotna.
Właśnie tego się obawiałam, że sens świadectwa energetycznego będzie niezrozumiały dla zwykłego amatora, kupującego dom To nie jest trudne. W pierwszej metodzie porównujemy cechy budynku z pewnym wzorcem i chyba każdy rozumie, jak łatwe i kuszące byłoby w takim wypadku podciąganie wyników do wzorca. W przyjętej metodzie liczy się energia konieczna dla zapewnienia w danym budynku ogrzewania i ciepłej wody i to energia nieprzetworzona, a zatem "u bram" na przykład elektrociepłowni. Energia odnawialna słońca, wiatru czy wody jest też energią pierwotną. Taka metoda obliczania jakości energetycznej budynku jest najbardziej nowoczesna i obiektywna.
Czy sam dokument będzie zrozumiały dla laika?
Wynik przedstawiony jest na skali, którą nazywamy suwakiem. Są na niej zaznaczone dla porównania wartości dla budynku nowego oraz modernizowanego zgodnie z dziś obowiązującymi normami. Im bardziej w lewo od tych punktów na skali jest nasz dom, tym lepiej. Sama liczba, jak na tym przykładowym świadectwie 123,2 kWh na metr kwadratowy rocznie, niewiele laikowi powie, ale będzie mógł to porównać z ofertą innych domów i lokali.
Mój dom, z 1905 roku, nigdy niemodernizowany, gdzie się będzie na tej skali mieścił? O, zapewne bardzo daleko na prawo, w tym ciemnym końcu skali. Niestety, tam mieści się większość budynków w Polsce i - również niestety - są wśród nich także niektóre budowane niedawno.
A kto może być audytorem, wydającym świadectwa? Ktoś, kto ma ukończone odpowiednie studia i ma uprawnienia budowlane. Można także skończyć odpowiednie studia podyplomowe lub przejść szkolenie na kursie. Jednak po kursie uprawnienia otrzyma się tylko wtedy, jeśli zda się egzamin państwowy. Na studia podyplomowe i na kursy zgłaszają się różni ludzie: są katecheci, muzycy, rusycyści.
Bo wszyscy przewidują dobre zarobki. W Polsce jest około 12 milionów domów, w obrocie co roku około miliona, czyli zgodnie z ustawą co najmniej tyle świadectw powinno być rocznie wystawianych. Świadectwo kosztuje około tysiąca złotych. Cały szkopuł w tym, że o takie świadectwo starać się będą może deweloperzy, bo inaczej mogą nie dostać państwowych gwarancji, ale niestety - chyba tylko oni, bo ustawodawca nie przewidział żadnych sankcji za nieposiadanie takiego świadectwa. Na Zachodzie umowa kupna-sprzedaży domu czy mieszkania bez świadectwa energetycznego jest nieważna. U nas, jeśli nabywca się zgodzi, sprzedający żadnego świadectwa mu nie pokaże. Więc mamy ustawę, prawie jak na Zachodzie, ale - jak w reklamie Żywca - "prawie" robi dużą różnicę. Zachęcałbym nabywców, żeby jednak domagali się takich świadectw, bo koszt ogrzewania 100-metrowego domu nowo budowanego, z użyciem już współczesnych materiałów budowlanych może się wahać od 3,6 tys. zł rocznie do 450 zł.
Ta ostatnia suma brzmi bajkowo. Dotyczy ona domu pasywnego, czyli takiego, w którym zapotrzebowanie na energię nie przekracza 15kWh na mkw. rocznie. To już nie jest bajka, bo zgodnie z rezolucją Parlamentu Europejskiego od 2011 roku wszystkie nowe budynki w krajach UE powinny powstawać w tej technologii. Jeden z poznańskich deweloperów ogłaszał, że buduje osiedle domków pasywnych, ale kiedy się tym zainteresowałem, okazało się, że dla obniżenia ceny zrezygnował z kilku elementów i to już nie są żadne domy pasywne. Zauważyłem, że na szczęście przestał się posługiwać tym sloganem.
W trakcie pikników naukowych tłumy ludzi interesują się "domem bez pieca", oszczędnością energii itd. A potem rzeczywistość jest, jaka jest. Tymczasem w Niemczech choćby paneli słonecznych jest mnóstwo, gminy kupują kamery termowizyjne i wypożyczają mieszkańcom, żeby zobaczyli na własne oczy, którędy ciepło ucieka z ich domu. Tam po prostu wszyscy żyją tematem energooszczędności.
W Niemczech bardzo aktywnie państwo wspiera finansowo te działania i na pewno na tym korzysta, bo oszczędza np. na rozbudowie elektrociepłowni, transporcie itd., zmniejszając przy tym emisję CO2. Nawiasem mówiąc, na świadectwie energetycznym jest także informacja o ilości emitowanego przez budynek CO2, co też może dać ludziom do myślenia. Budownictwo zużywa najwięcej energii i jednocześnie ma największe, niewykorzystane możliwości jej oszczędzenia. U nas wciąż zajmują się tym tylko entuzjaści. Myślę, że trzeba większy nacisk położyć na edukację i uczyć o tym dzieci w szkołach. Marzy mi się też, aby przy Politechnice Poznańskiej powstało centrum doradcze i informacyjne z udziałem firm, produkujących materiały budowlane i pracowni, projektujących oszczędne domy. Dziś 1 mkw. domu pasywnego pod klucz kosztuje około 3 tysięcy złotych.
Dr Roman Pieprzyk pracuje w Centrum Budownictwa Pasywnego Politechniki Poznańskiej.
źródło:http://www.gloswielkopolski.pl
|